Egoizm czy dbanie o siebie?

 Coraz częściej dochodzę do wniosku, że w naszym społeczeństwie bardzo mocno cenione jest „robienie dobrej miny do złej gry”. Zaczyna mnie to coraz bardziej przerażać. Gdy słyszę, jak wiele razy, mimo iż wewnętrzne instynkty podpowiadają nam, że to nie jest służące ani dla nas samych, ani dla naszych dzieci, stawiamy jednak na to, aby wypaść dobrze przed innymi. W kontekście rodzicielstwa - chcemy na przykład, aby nasze dzieci nie płakały w supermarketach, aby mówiły dzień dobry, aby dzieliły się swoimi zabawkami z innymi dziećmi. I nie byłoby w tym nic niepokojącego, ja sama również chcę, aby moje dzieci robiły te rzeczy, jednak jest jedno ale. Nie za wszelką cenę. Ja tego chcę, ale nie żądam tego i nie wymagam. Jeśli i one tego chcą to OK, a jeśli nie chcą – to też OK.

 Mam jednak wrażenie, że naprawdę wiele osób dba bardzo o swój obraz w oczach innych, o tzw. „co ludzie powiedzą”. I choć niewielu z nas podpisałoby się pod tym, że tak robi, to jednak tak robimy. Czemu? Bo nas też tak wychowano. Skąd to się bierze?

 Zastanów się, czy gdy byliśmy mali ktoś przejmował się tym, że jest nam smutno? Że jest nam trudno, albo że coś nas złości? Raczej rzadko. Głównie liczyło się to, że powiemy dzień dobry, uśmiechniemy się, podzielimy zabawką i pokażemy, jakie grzeczne z nas dziecko. I do czego to prowadzi? Do tego, że odkładaliśmy na półkę nasz smutek, naszą chęć decydowania o tym, czy podzielimy się zabawką, lub naszą potrzebę wyboru własnej drogi. To wszystko stawało się mniej ważne, kiedy w zamian otrzymywaliśmy… miłość i akceptację rodzica. Rodzice wtedy cieszyli się, bili brawo, chwali a my mogliśmy poczuć się wspaniale. I coraz głębiej spychaliśmy potrzebę opłakania czegoś, decydowania o sobie, czy wyboru własnej drogi. Wpasowanie się i spełnianie oczekiwań stawało się coraz ważniejsze i coraz częściej przekonywaliśmy się, że w ten sposób jest łatwiej i lżej. I często tak jest do dziś – kiedy sami jesteśmy rodzicami – dalej spełniamy oczekiwania, które nam wpojono i przekazujemy je dalej naszym dzieciom.

 Nie twierdzę, że coś jest nie tak w tym, że mówimy innym ludziom dzień dobry, czy wyrośliśmy na osoby, które potrafią się dzielić z innymi. Chodzi o to, jakich wyborów dokonujemy w różnych sytuacjach. Czy kiedy znajomy prosi nas o przysługę to zgadzamy się mimo wszystko, czy odmawiamy – jeśli to koliduje z naszym postanowieniem, że tego dnia odpoczywam? Czy gdy spodziewamy się wizyty teściowej to bardziej zależy nam na tym, aby mieszkanie było posprzątane, czy na tym, aby być wyspanym? I gdy już nas odwiedza to czy bardziej zależy nam na tym, aby nasze dziecko powiedziało do niej dzień dobry, czy aby zadbało o swoje potrzeby, na przykład dokończenie zabawy? Czy kiedy nasze dziecko nie chce podzielić się zabawką z innym dzieckiem na placu zabaw – to bardziej zależy nam na tym, aby zrozumieć dlaczego nie chce tego zrobić, czy na tym, aby przekonać je do tego, aby to zrobiło?

 Myślę, że być może czasami obranie właśnie takiej drogi – aby dbać najpierw o siebie i pokazanie tego dziecku może być trudniejsze. Bo inni mogą się obrazić, może być im przykro, czasem nawet mogą się zezłościć i rzucić do nas kąśliwą uwagę w stylu: Ale z ciebie egoistka, czy Ale rozpuszczone/rozpieszczone dziecko. Jednak my dalej mamy wybór co z tym zrobimy. Mnie osobiście świadomość, że mogłabym spędzić życie spełniając oczekiwania otoczenia lub mogę też odnaleźć własną drogę i nią podążać daje moc do podejmowania w takich sytuacjach decyzji, że mimo tych uwag – dalej chcę podążać tą ścieżką. Bardzo podobają mi się słowa Jespera Juula : Być może, przez jakiś czas poczuje się pani jak ,,egoistka’’, ale to oznaczać będzie tylko jedno: że jest pani na właściwej drodze! Gdy inni tak o pani powiedzą, proszę to przyjąć jako komplement.

 Ostatecznie jednak postępując w ten sposób wcale nie czuję się jak egoistka. Wręcz przeciwnie – wtedy kiedy uda mi się odmówić na kilka próśb, na które nie mam ochoty, czy nie posprzątać mieszkania a zamiast tego wyspać się – to w efekcie mam większą chęć powiedzieć „dzień dobry” z prawdziwym uśmiechem, czy podzielić się z kimś czymś z czystej radości dzielenia się, zamiast „robienia dobrej miny…”. I tego samego chcę nauczyć moje dzieci - tego, że miło jest dzielić się z innymi i mówić „dzień dobry”, kiedy naprawdę ma się na to ochotę. A kiedy się nie ma na to ochoty – to lepiej to sobie odpuścić i poczekać aż nasz kubek spełnionych potrzeb wypełni się na tyle, że ta ochota pojawi się. Bo jak powiedział Marshall Rosenberg – Powiedz "tak" tylko wtedy, kiedy to na co się zgadzasz zrobisz z radością dziecka, które karmi kaczki.

komentarze na blogu dostarczane przez Disqus