Jak być przywódcą w relacji z dzieckiem?

„Nie, nie kupię ci tego.”

„Ubierz kurtkę.”

„Koniec zabawy.”

„Ja chcę już wyjść.”

Często łapię się na tym, że gdy mówię komunikaty takie jak powyżej – coś wewnętrznie mi zgrzyta. Zaczynam mówić sobie, że to za ostre, niemiłe, zbyt surowe dla dziecka. Pojawia mi się głos w głowie, który każe te wypowiedzi złagodzić, powiedzieć coś bardziej przyjaznego, przyjemnego. Ten głos pojawia się szczególnie wtedy, gdy widzę w takiej sytuacji frustrację i niezadowolenie dziecka. Co najdziwniejsze – zauważyłam, że właśnie w takich sytuacjach, kiedy rozgrywa się we mnie taki wewnętrzny konflikt pomiędzy tym, czego bym chciała w świecie zewnętrznym (aby ubrało kurtkę, aby nie kupować kolejnej zabawki, aby wyjść z domu) a pomiędzy obawą, że być może jednak tym chceniem ranię jego uczucia – moje dziecko wyczuwa tą nutkę niepewności we mnie i naciska coraz bardziej na to, czego ono chce (nowej zabawki, nie ubrania kurtki, nie wychodzenia z domu). Im większy mój wewnętrzny konflikt – tym większy konflikt na zewnątrz, z dzieckiem, ono dużo bardziej krzyczy, piszczy, walczy, frustruje się. Jesper Juul nazywa takie sytuacje współdziałaniem. Dziecko chce mi pomóc rozwiązać mój zewnętrzny konflikt. Choć w takich sytuacjach ciężko odebrać to jako „pomoc”…

Co w takich sytuacjach robię? Naprawdę staram się rozwiązać ten konflikt (ten – czyli mój wewnętrzny, a nie ten z dzieckiem). To oczywiście nie zawsze jest możliwe, bo czasami sytuacja jest już na tyle zaogniona, że jedyne na co mam przestrzeń to krzyk. Cieszę się, kiedy uda mi się krzyczeć do dziecka, a nie na. Ale bywają sytuacje, w których mam również przestrzeń na coś więcej i wtedy przyglądam się temu, skąd ten konflikt. Nawet jeśli ta przestrzeń pojawia się dopiero po czasie. Przysłuchuję się wtedy obu głosom, które są we mnie.

I temu, który mówi, że rodzic jest po to, aby pokazywać dziecku granice i jeśli tego nie zrobię to dziecko wejdzie mi na głowę, nie zadbam o siebie i w ogóle pozamiatane. Ten głos przypomina mi bardzo takiego autorytarnego władcę.

I temu, który mówi, że chciałabym z własnym dzieckiem postępować łagodnie, miło, przyjaźnie, bo w przeciwnym wypadku mogę je skrzywdzić, zranić i że bardzo tego nie chcę, a wręcz boję się, bo przecież nie chcę być rodzicem, który krzywdzi własne dziecko. Ten głos z kolei ma tendencję do popadania w drugą skrajność, czyli pozwalania dziecku na wszystko, czego zapragnie z lęku, by przypadkiem go nie skrzywdzić.

Każdy z nich jest ważny. Każdy z nich dba o coś ważnego dla mnie. Jeden chce mnie ochronić w takim sensie, abym dbała o własne granice, a drugi chce bardzo przyczynić się do szczęścia dziecka – także dziecka we mnie, które być może pamięta właśnie takie sytuacje, w których czuło się zranione i chciałoby ich uniknąć. Staram się naprawdę wysłuchać obu tych głosów i dowiedzieć się szczegółowo, co i dlaczego jest dla nich ważne. I wtedy bardzo wyraźnie widzę, że oba są po to, aby nie chronić. Oba chcą mi pomóc. Tylko w inny sposób. Każdy z nich próbuje dbać o mnie tak jak potrafi – jeden poprzez autorytarne stawianie granic, a drugi poprzez dbanie o dziecko i w ten sposób także jest to troska o obraz matki, którą jestem w mojej głowie. Ale jeden i drugi chce dla mnie czegoś, co ma mi służyć i być dla mnie wspierające. Kiedy patrzę na te głosy przez ten pryzmat i kiedy zobaczę, że oba „grają do wspólnej bramki” to dużo łatwiej jest mi wziąć je pod uwagę, niż kiedy widzę to jako konflikt, jako dwa sprzeczne ze sobą głosy. I mogę wtedy powiedzieć im – dzięki, że chcecie o mnie zadbać.

Po takim przyjrzeniu się sprawie zazwyczaj następnym razem jest mi dużo łatwiej być przywódcą w relacji z dzieckiem. Mówię np. „Nie, nie kupię ci tego. Nie chcę na to wydawać pieniędzy.” albo „Ubierz kurtkę, wychodzimy.” czy „Nie pobawię się teraz z tobą.” i naprawdę czuję, że to jest w zgodzie ze mną. Mam głos, który mówi, że teraz w ten sposób chcę zadbać o siebie i właśnie to jest dla mnie ważne. Nawet jeśli dziecko reaguje frustracją lub niezadowoleniem to dalej wiem, że robię dobrze, bo ono przede wszystkim potrzebuje mojego przywództwa. Dziecko wtedy współdziała z moją pewnością i dostraja się do niej, choć czasem po przeżyciu swojej frustracji. W takich sytuacjach jest mi też dużo łatwiej towarzyszyć dziecku w przeżywaniu tych emocji. Mam wrażenie, że tak naprawdę tylko w takich sytuacjach jestem naprawdę w stanie to zrobić. Bo wtedy, kiedy sama jestem w dużym wewnętrznym konflikcie, ciężko jest prawdziwie wesprzeć dziecko. I dopiero kiedy mój konflikt jest „zaopiekowany” mogę naprawdę być z dzieckiem.

 To niby takie proste – najpierw zadbaj o siebie, a potem o dziecko. Jednak dla mnie – jednocześnie też najtrudniejsze. Czasem mi się to udaje, uczę się tego każdego dnia. Ucząc się jak być przywódcą w relacji z dziećmi – uczę się jednocześnie, jak być przywódcą dla różnych głosów w mojej głowie. To naprawdę cenna dla mnie nauka i bardzo mi pomaga w codziennych wyzwaniach rodzicielskich.

Po raz kolejny też przekonuję się, że to nie tylko słowa mają znaczenie. Bo można powiedzieć „Ubierz kurtkę, wychodzimy.” czy „Nie kupię ci tego.” i być zupełnie gdzie indziej – można być przy tym, że teraz pokażę, kto tu rządzi, że dzieci i ryby głosu nie mają. I wtedy efekt wypowiedzenia  takich słów może być zupełnie inny. Ostatecznie poza tym, co mówimy, równie ważne jest także to z jaką świadomością to mówimy.

 

komentarze na blogu dostarczane przez Disqus